sobota, 15 lutego 2014

Dla ciebie oddałbym wszystko

Po bardzo długiej przerwie wracam z jednym one shotem Himup.
Dziękuję Nikki za betę.








Dla ciebie oddałbym wszystko.

Kiedyś spytałeś mnie, czy byłbym w stanie zrobić dla Ciebie wszystko. Bez zastanowienia odparłem, że tak. Byłeś dla mnie wszystkim. Twój wzrok, uśmiech, każdy oddech, sprawiały, że wiedziałem po co żyję. Żyłem dla Ciebie. Tylko i wyłącznie. Nie wiem co by się stało, gdybym Cię stracił.


Leżeliśmy na kocu wtuleni w siebie. Obejmowałem Cię ramieniem, jakby w obawie, że ktoś może zechcieć mi Cię odebrać. Patrzeliśmy w gwiazdy, podziwiając ich blask. Pokrywały całe niebo, tworząc świetlisty obraz. Czułem się jakby czas stanął w miejscu.
-Himmie?
-Tak?
-A co jeśli się nie uda? Jeśli nigdy nie wyjedziemy do Seulu? Przecież wiesz jak jest- odwróciłem głowę, by móc na niego spojrzeć.
-Obiecuję, że zrobię wszystko, aby Twoje marzenie się spełniło. Słyszysz? Wszystko.
-Nie łudźmy się, ja nigdy nie wydostanę się z tej pieprzonej wioski, ale Ty masz taką możliwość. Czemu ciągle tu siedzisz? Już dawno powinieneś być trainee - Jongup wpatrywał się w niebo, a z jego oczu płynęły strumienie łez. Dobrze wiedziałem, co chciał mi powiedzieć, aż za dobrze.
-Uppie, nie zostawię Cię tu, przecież wiesz. Spójrz na mnie - Chłopak patrzył mi teraz w oczy. Nie widziałem go dobrze, bo moje również były całe zalane łzami.- Nigdy Cię nie opuszczę. Do Seulu jedziemy razem, albo wcale. I nawet nie próbuj myśleć inaczej.
-Kocham Cię Himchan - zbliżyliśmy się do siebie, złączając nasze słone usta w pocałunku przepełnionym nadzieją i wzajemną tęsknotą. Nie leżeliśmy długo, bo wraz z upływem czasu, zaczynało robić się coraz chłodniej. Złożyliśmy koc i wsadziliśmy go do bagażnika samochodu, po czym sami wsiedliśmy do środka. Jechaliśmy w milczeniu, ale nie była to krępująca cisza. My po prostu nie potrzebowaliśmy słów, aby się komunikować. Nam wystarczała już sama obecność. Rozmowę zaczęliśmy dopiero pod domem Jongupa, gdy nadszedł czas pożegnania. Pocałowałem go jeszcze raz, tym razem mocniej, namiętniej, tak by wystarczyło na kolejny tydzień rozstania. Nie było nam na rękę to, że musiałem sam się utrzymywać. Może nie mieszkaliśmy w jakimś wielkim mieście, ale opłaty nie były małe, zwłaszcza, że mieszkałem w centrum, aby mieć bliżej do pracy, w której ostatnio spędzałem większość swojego czasu. Nadgodziny powoli zaczynały mnie wykańczać, ale jakoś musiałem odkładać pieniądze na wyjazd do stolicy. Na każdy wolny weekend czekałem niemal z upragnieniem. Mogłem wtedy się wyspać, trochę odpocząć i co najważniejsze, zobaczyć się z moim kochanym Jongupem, którego rodzice upierają się, że ma zostać tutaj i poświęcić się prowadzeniu rodzinnej restauracji. Nienawidził tego, odkąd tylko pamiętam. Tam go również poznałem. Bardzo nieuprzejmy był z niego kelner.
Gdy wróciłem do domu, od razu położyłem się do łóżka i, niewiedzieć kiedy, zasnąłem. Całą noc męczyły mnie najrozmaitrze koszmary. Od tych najdziwniejszych, pozbawionych sensu, do tych przeraźliwie realnych. Kilka razy przebudzałem się cały spocony, ze łzami w oczach. Najbardziej utrwalił mi się w pamięci jeden obraz. Mianowicie twarz Jongupa, spoglądająca na mnie z tłumu zupełnie mi obcych ludzi. Był zawiedziony, pełen smutku i goryczy. Chyba płakał. I jego załamujący się głos mówiący „Obiecałeś.” A ja stałem w miejscu, nie mogąc się ruszyć. Iść do niego, pocieszyć go, przeprosić, objąć, pocałować... Stałem tam, tak jakby nic dla mnie nie znaczył. Ten jeden sen zaprzątał mi głowę przez cały następny dzień, przez co nie mogłem się skupić. Na moje nieszczęście zauważył to ordynator szpitala, który zaczął dokładnie kontrolować moją pracę. Wtedy zemdlałem. Lekarz, a na tyle głupi i nierozsądny, by dopuścić do omdlenia w pracy. Żałosne. Mało tego, podałem pacjętowi zły lek w kroplówce, co mogło skończyć się tragicznie, gdyby nie pielęgniarka, która w porę to zauważyła. Oczywiście zostałem wezwany do ordynatora, który nie był ani miły, ani wyrozumiały. Oznajmił mi, że jak coś takiego powtórzy się jeszcze raz, to z miejsca wylatuję na zbity pysk. A co zrobił, ktoś tak genialny, jak ja? Tak, zemdlał w następnym tygodniu. Żegnaj praco, żegnajcie pieniądze, żegnaj Seulu. Ach no tak, trzeba jeszcze opłacić rachunki. Tylko za co? Jak na złość nie mogłem znaleźć nigdzie pracy. W końcu sprzedałem mieszkanie. Znalazłem sobie nowe. Małą, ciasną I śmierdząca ruderę na obrzeżach. Wizja naszego wspólnego wyjazdu do Seulu stawała się coraz mniej realna. Jedynie wygrana w totolotku, albo jakiś cud sprawiłby, że nam się uda. Ja staję się powoli za stary, a biedny Jongup zaczyna tracić nadzieje. Czyżby zbliżał się koniec naszych marzeń? Czułem się beznadziejnie. Jak śmieć.

Boże, czy jest coś co mógłbym zrobić? Po prostu mi powiedz, a zrobię to. Cokolwiek, byle by Jongup był szczęśliwy.

Był sobotni poranek. Wychodziłem z domu, do restauracji rodziców Jongupa, aby go odebrać. Było wyjątkowo ciepło i słonecznie, a jednak nie cieszyłem się. Przeciwnie, byłem cholernie smutny, bo wiedziałem, że będę musiał mu powiedzieć o pracy. Źle się czułem. Od kilku dni wymiotowałem po każdym posiłku, cały czas bolała mnie głowa, byłem słaby. Nerwy powoli zżerały od środka. Wszedłem do restauracji. Blondyn, gdy tylko mnie zobaczył uśmiechnął się i do mnie podbiegł.
-Zaraz kończę swoją zmianę, chcesz coś?
-Może cappuccino
-Okej, zaraz zrobię - pocałował mnie w policzek po czym pobiegł za ladę. Usiadłem przy stoliku, który był najbardziej w rogu I czekałem na Jongupa, który za chwilę przyszedł z moją kawą i usiadł naprzeciwko mnie.- Proszę.
-Dzięki - upiłem łyk napoju, starając się unikać kontaktu wzrokowego z moim rozmówcą. Nie wiedziałem jak mu o wszystkim powiedzieć, tak aby jak najmniej go to zabolało.
-Himmie, co się dzieje? Źle się czujesz?
-Nie, ja po prostu... tak, jestem chory, chyba mam grypę.
- Może dzisiaj damy sobie spokój i poczekamy aż wyzdrowiejesz?
-Tak szybko się nie polepszy Uppie.
-Co masz na myśli?
-Straciłem pracę. Nie mam za co żyć.
-Jak to? A co z oszczędnościami na wyjazd?
-Przestań. Nie wezmę ich dla siebie - I jednak sprawiłem, że płacze.
-Nie chcę abyś musiał przeze mnie głodować. Może poproszę rodziców, aby Cię zatrudnili w restauracji, albo ja znajdę sobie jakąś pracę.
-Spokojnie, jakoś sobie poradzę. Ty się niczym nie przejmuj - Pocałowałem go delikatnie w czoło. -Wybacz, może zobaczymy się innym razem, dziś nie czuję się na siłach - Odszedłem zostawiając go tam samego. Był zdziwiony, to pewne.Poszedłem do parku pomyśleć. Usiadłem na ławce i zamknąłem oczy. Chłodny wiatr przeszył moje ciało, co spowodowało, ze poczułem się jeszcze gorzej niż chwilę temu. I wtedy usłyszałem w głowie czyiś głos. Był obcy, ale wydawał mi się znajomy, jakbym już go kiedyś słyszał. Spokojnym tonem zaczął rozmowę w moich myślach.

-Co byś dał, aby on był szczęśliwy?
-Wszystko.
-Twoje własne szczęście?
-Tak.
-Twoje zdrowie?
-Tak.
-Twoje życie?

-Tak.

 Płakałem. Czułem jak moje ciało powoli się rozpada, na miliard małych kawałeczków. Zupełnie jakbym był ze szkła, w które ktoś bardzo mocno uderzył. Wiedziałem, że zaraz wszystko się dla mnie skończy, że zniknę. Na zawsze. Płakałem, bo nie chciałem umierać, chciałem żyć wiecznie wraz z Jongupem. Dbać o niego i pilnować, aby niczego mu nie brakowało. Jednak nie było to nam dane. Wiedziałem jak ważny był dla niego wyjazd do Seulu I spełnienie marzeń, a przecież jego marzenia są moimi marzeniami.

-Marzenie Jongupa się spełni, wyjedzie do Seulu, założy zespół, o którym marzyliście. Będzie już zawsze szczęśliwy. Bez Ciebie. Nie będzie pamiętał nikogo takiego jak Kim Himchan. Zupełnie jakbyś nigdy nie istniał.


W końcu całkowicie się rozpadłem, a o moim ciele pozostała ledwie zauważalna mgiełka.





1 komentarz:

  1. Nominuję cię do Liebster Awards! Więcej pod tym linkiem: http://nikki-kirai-yaoi.blogspot.com/2014/02/liebster-award.html
    Jeśli się w to nie bawisz, to przepraszam ;;

    OdpowiedzUsuń