sobota, 15 lutego 2014

Dla ciebie oddałbym wszystko

Po bardzo długiej przerwie wracam z jednym one shotem Himup.
Dziękuję Nikki za betę.








Dla ciebie oddałbym wszystko.

Kiedyś spytałeś mnie, czy byłbym w stanie zrobić dla Ciebie wszystko. Bez zastanowienia odparłem, że tak. Byłeś dla mnie wszystkim. Twój wzrok, uśmiech, każdy oddech, sprawiały, że wiedziałem po co żyję. Żyłem dla Ciebie. Tylko i wyłącznie. Nie wiem co by się stało, gdybym Cię stracił.


Leżeliśmy na kocu wtuleni w siebie. Obejmowałem Cię ramieniem, jakby w obawie, że ktoś może zechcieć mi Cię odebrać. Patrzeliśmy w gwiazdy, podziwiając ich blask. Pokrywały całe niebo, tworząc świetlisty obraz. Czułem się jakby czas stanął w miejscu.
-Himmie?
-Tak?
-A co jeśli się nie uda? Jeśli nigdy nie wyjedziemy do Seulu? Przecież wiesz jak jest- odwróciłem głowę, by móc na niego spojrzeć.
-Obiecuję, że zrobię wszystko, aby Twoje marzenie się spełniło. Słyszysz? Wszystko.
-Nie łudźmy się, ja nigdy nie wydostanę się z tej pieprzonej wioski, ale Ty masz taką możliwość. Czemu ciągle tu siedzisz? Już dawno powinieneś być trainee - Jongup wpatrywał się w niebo, a z jego oczu płynęły strumienie łez. Dobrze wiedziałem, co chciał mi powiedzieć, aż za dobrze.
-Uppie, nie zostawię Cię tu, przecież wiesz. Spójrz na mnie - Chłopak patrzył mi teraz w oczy. Nie widziałem go dobrze, bo moje również były całe zalane łzami.- Nigdy Cię nie opuszczę. Do Seulu jedziemy razem, albo wcale. I nawet nie próbuj myśleć inaczej.
-Kocham Cię Himchan - zbliżyliśmy się do siebie, złączając nasze słone usta w pocałunku przepełnionym nadzieją i wzajemną tęsknotą. Nie leżeliśmy długo, bo wraz z upływem czasu, zaczynało robić się coraz chłodniej. Złożyliśmy koc i wsadziliśmy go do bagażnika samochodu, po czym sami wsiedliśmy do środka. Jechaliśmy w milczeniu, ale nie była to krępująca cisza. My po prostu nie potrzebowaliśmy słów, aby się komunikować. Nam wystarczała już sama obecność. Rozmowę zaczęliśmy dopiero pod domem Jongupa, gdy nadszedł czas pożegnania. Pocałowałem go jeszcze raz, tym razem mocniej, namiętniej, tak by wystarczyło na kolejny tydzień rozstania. Nie było nam na rękę to, że musiałem sam się utrzymywać. Może nie mieszkaliśmy w jakimś wielkim mieście, ale opłaty nie były małe, zwłaszcza, że mieszkałem w centrum, aby mieć bliżej do pracy, w której ostatnio spędzałem większość swojego czasu. Nadgodziny powoli zaczynały mnie wykańczać, ale jakoś musiałem odkładać pieniądze na wyjazd do stolicy. Na każdy wolny weekend czekałem niemal z upragnieniem. Mogłem wtedy się wyspać, trochę odpocząć i co najważniejsze, zobaczyć się z moim kochanym Jongupem, którego rodzice upierają się, że ma zostać tutaj i poświęcić się prowadzeniu rodzinnej restauracji. Nienawidził tego, odkąd tylko pamiętam. Tam go również poznałem. Bardzo nieuprzejmy był z niego kelner.
Gdy wróciłem do domu, od razu położyłem się do łóżka i, niewiedzieć kiedy, zasnąłem. Całą noc męczyły mnie najrozmaitrze koszmary. Od tych najdziwniejszych, pozbawionych sensu, do tych przeraźliwie realnych. Kilka razy przebudzałem się cały spocony, ze łzami w oczach. Najbardziej utrwalił mi się w pamięci jeden obraz. Mianowicie twarz Jongupa, spoglądająca na mnie z tłumu zupełnie mi obcych ludzi. Był zawiedziony, pełen smutku i goryczy. Chyba płakał. I jego załamujący się głos mówiący „Obiecałeś.” A ja stałem w miejscu, nie mogąc się ruszyć. Iść do niego, pocieszyć go, przeprosić, objąć, pocałować... Stałem tam, tak jakby nic dla mnie nie znaczył. Ten jeden sen zaprzątał mi głowę przez cały następny dzień, przez co nie mogłem się skupić. Na moje nieszczęście zauważył to ordynator szpitala, który zaczął dokładnie kontrolować moją pracę. Wtedy zemdlałem. Lekarz, a na tyle głupi i nierozsądny, by dopuścić do omdlenia w pracy. Żałosne. Mało tego, podałem pacjętowi zły lek w kroplówce, co mogło skończyć się tragicznie, gdyby nie pielęgniarka, która w porę to zauważyła. Oczywiście zostałem wezwany do ordynatora, który nie był ani miły, ani wyrozumiały. Oznajmił mi, że jak coś takiego powtórzy się jeszcze raz, to z miejsca wylatuję na zbity pysk. A co zrobił, ktoś tak genialny, jak ja? Tak, zemdlał w następnym tygodniu. Żegnaj praco, żegnajcie pieniądze, żegnaj Seulu. Ach no tak, trzeba jeszcze opłacić rachunki. Tylko za co? Jak na złość nie mogłem znaleźć nigdzie pracy. W końcu sprzedałem mieszkanie. Znalazłem sobie nowe. Małą, ciasną I śmierdząca ruderę na obrzeżach. Wizja naszego wspólnego wyjazdu do Seulu stawała się coraz mniej realna. Jedynie wygrana w totolotku, albo jakiś cud sprawiłby, że nam się uda. Ja staję się powoli za stary, a biedny Jongup zaczyna tracić nadzieje. Czyżby zbliżał się koniec naszych marzeń? Czułem się beznadziejnie. Jak śmieć.

Boże, czy jest coś co mógłbym zrobić? Po prostu mi powiedz, a zrobię to. Cokolwiek, byle by Jongup był szczęśliwy.

Był sobotni poranek. Wychodziłem z domu, do restauracji rodziców Jongupa, aby go odebrać. Było wyjątkowo ciepło i słonecznie, a jednak nie cieszyłem się. Przeciwnie, byłem cholernie smutny, bo wiedziałem, że będę musiał mu powiedzieć o pracy. Źle się czułem. Od kilku dni wymiotowałem po każdym posiłku, cały czas bolała mnie głowa, byłem słaby. Nerwy powoli zżerały od środka. Wszedłem do restauracji. Blondyn, gdy tylko mnie zobaczył uśmiechnął się i do mnie podbiegł.
-Zaraz kończę swoją zmianę, chcesz coś?
-Może cappuccino
-Okej, zaraz zrobię - pocałował mnie w policzek po czym pobiegł za ladę. Usiadłem przy stoliku, który był najbardziej w rogu I czekałem na Jongupa, który za chwilę przyszedł z moją kawą i usiadł naprzeciwko mnie.- Proszę.
-Dzięki - upiłem łyk napoju, starając się unikać kontaktu wzrokowego z moim rozmówcą. Nie wiedziałem jak mu o wszystkim powiedzieć, tak aby jak najmniej go to zabolało.
-Himmie, co się dzieje? Źle się czujesz?
-Nie, ja po prostu... tak, jestem chory, chyba mam grypę.
- Może dzisiaj damy sobie spokój i poczekamy aż wyzdrowiejesz?
-Tak szybko się nie polepszy Uppie.
-Co masz na myśli?
-Straciłem pracę. Nie mam za co żyć.
-Jak to? A co z oszczędnościami na wyjazd?
-Przestań. Nie wezmę ich dla siebie - I jednak sprawiłem, że płacze.
-Nie chcę abyś musiał przeze mnie głodować. Może poproszę rodziców, aby Cię zatrudnili w restauracji, albo ja znajdę sobie jakąś pracę.
-Spokojnie, jakoś sobie poradzę. Ty się niczym nie przejmuj - Pocałowałem go delikatnie w czoło. -Wybacz, może zobaczymy się innym razem, dziś nie czuję się na siłach - Odszedłem zostawiając go tam samego. Był zdziwiony, to pewne.Poszedłem do parku pomyśleć. Usiadłem na ławce i zamknąłem oczy. Chłodny wiatr przeszył moje ciało, co spowodowało, ze poczułem się jeszcze gorzej niż chwilę temu. I wtedy usłyszałem w głowie czyiś głos. Był obcy, ale wydawał mi się znajomy, jakbym już go kiedyś słyszał. Spokojnym tonem zaczął rozmowę w moich myślach.

-Co byś dał, aby on był szczęśliwy?
-Wszystko.
-Twoje własne szczęście?
-Tak.
-Twoje zdrowie?
-Tak.
-Twoje życie?

-Tak.

 Płakałem. Czułem jak moje ciało powoli się rozpada, na miliard małych kawałeczków. Zupełnie jakbym był ze szkła, w które ktoś bardzo mocno uderzył. Wiedziałem, że zaraz wszystko się dla mnie skończy, że zniknę. Na zawsze. Płakałem, bo nie chciałem umierać, chciałem żyć wiecznie wraz z Jongupem. Dbać o niego i pilnować, aby niczego mu nie brakowało. Jednak nie było to nam dane. Wiedziałem jak ważny był dla niego wyjazd do Seulu I spełnienie marzeń, a przecież jego marzenia są moimi marzeniami.

-Marzenie Jongupa się spełni, wyjedzie do Seulu, założy zespół, o którym marzyliście. Będzie już zawsze szczęśliwy. Bez Ciebie. Nie będzie pamiętał nikogo takiego jak Kim Himchan. Zupełnie jakbyś nigdy nie istniał.


W końcu całkowicie się rozpadłem, a o moim ciele pozostała ledwie zauważalna mgiełka.





poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Odrzucenie, cz. 3

  Do domu Aoiego poszedłem pół godziny wcześniej żeby pomóc wszystko przygotować, bo jak go znałem to zostawił sobie wszystko na ostatnią chwilę. Nie myliłem się. Jak tylko wszedłem do środka, zobaczyłem go biegającego w tą i z powrotem co chwila z czymś innym. Nawet mnie nie zauważył. Skierowałem się więc do kuchni, aby zaoferować swoją pomoc
-Dzień dobry. Może w czymś pomóc?- W środku przy stoliku czytając książkę, siedziała mama Aoiego, gdy tylko mnie zauważyła uścisnęła mnie ciepło. Traktowała mnie jak syna, odkąd ją poznałem.
-O Kouyou! Usiądź, porozmawiamy sobie. Ile to ja Cie już nie widziałam. Zmizerniałeś.
-Ostatnio chorowałem, wciąż nie czuję się najlepiej, ale Yuu prosił mnie abym przyszedł.
-Ten jak zwykle myśli tylko o sobie, czy on się kiedyś zmieni? Może Ayane będzie miała na niego jakiś lepszy wpływ... nie wiem
-Proszę się nie martwić, Ayane na pewno sobie z nim poradzi. Rozmawiałem z nią i wiem, że tak łatwo się mu nie da.
-Oh, więc jest nadzieja?- Kobieta od razu się rozpromieniła.
-Pewnie! Jeśli mam być szczery to bardziej bał bym się o pani syna... czy go Ayane nie zdominuje
-Żebym ja zaraz Ciebie nie zdominował. Patelnią po łbie, co?- Aoi wszedł do kuchni. Miał na sobie różowy fartuszek swojej starszej siostry, co wyglądało naprawdę komicznie.- Byś mi lepiej pomógł, a nie się obijasz.
-Yuu! Kouyou ledwie co przyszedł, a Ty już go gonisz do pracy, a poza tym jest chory. Powinieneś się cieszyć, że w ogóle przyszedł
-Dobra, dobra.
-Spokojnie. Przyszedłem wcześniej, właśnie, żeby pomóc. Nic mi zaraz nie będzie jak zaniosę kilka talerzy.
-No dobrze, to zanieście jeszcze to i macie wolne.- Pani Shiroyama dała nam kilka misek i wróciła do czytania książki. Na tarasie wszystko było już przygotowane, więc czekając na gości usiedliśmy na bujanej ławce w ogrodzie.
-Stresujesz się?
-Hah, aż tak to widać?
-Ja widzę.
-I mam nadzieję, że tylko Ty.... Boję się że powie "nie". I co wtedy? Wyjdę na totalnego palanta...- Aoi położył swoją głowę na moim ramieniu.
-Nie powie.
-Skąd wiesz?
-Przecież widzę jak na Ciebie patrzy. Ta dziewczyna nie widzi świata poza Tobą!- I ja także... Niesamowite, że wciąż tak dobrze się trzymam.
-Dzięki, że przyszedłeś.- przysunął się do mnie, a ja odruchowo objąłem go ramieniem.
-Jestem od tego by Cie wspierać. Zawszę będę tu dla Ciebie.- w kącikach oczu zaczęły pojawiać mi się łzy. Wiedziałem co niedługo się wydarzy, a jednak wciąż się łudziłem... Wciąż miałem nadzieję, że mnie pokocha. I to ze mną spędzi resztę swojego życia. Nagle usłyszeliśmy dźwięk samochodu parkującego pod domem.
-To Ayane- Aoi poderwał się do góry. Ja również wstałem. Co prawda nie tak energicznie jak Yuu, ale wstałem.
    Poszliśmy przywitać gości, Z pierwszego samochodu wysiadła Ayane z rodzicami, a z drugiego rodzeństwo Aoiego. Znałem wszystkich.
    Wszyscy byliśmy na zewnątrz. Siedzieliśmy przy kawie rozmawiając. Między drzewami w ogrodzie porozwieszane były kolorowe lampki, które w panującym półmroku wyglądały naprawdę imponująco. Yuu siedział z Ayane na bujanej ławce. Rozmawiali. Nagle zeszli, Aoi klęknął na jedno kolano, trzymając dłoń dziewczyny w swoich. Z kieszeni marynarki wyciągnął małe pudełeczko, a w nim pierścionek. Klasyczny z drobnym brylantem połyskującym delikatnie. Oczy dziewczyny zalały się łzami, gdy Shiroyama wkładał pierścionek na jej smukły, delikatny palec. Z tarasu usłyszałem jedynie radosne "tak!" wykrzyczane przez łzy. Dziewczyna rzuciła się mu w ramiona. Ten ucałował ją w policzek i razem trzymając się za ręce weszli na taras. Ale mnie już tam nie było. Byłem już na chodniku. Nie wiedziałem gdzie idę. Nie byłem w stanie o tym myśleć. Właśnie straciłem Yuu. Już na zawsze. Już na pewno. On jest już jej. I nigdy nie będzie mój. Z oczy płynęły mi łzy. Byłem otępiały. Zrozpaczony i... wystraszony? To wszystko... to dla mnie za wiele. Ból nie odwzajemnionej miłości jest nie do zniesienia. Przeszywa od środka pozostawiając po sobie tylko wielką pustkę. Każde kolejne uderzenie mojego serca jest w tym momencie jednym uderzeniem za wiele I nagle. naszła mnie myśl, żeby z tym skończyć. Przerwać to cierpienie raz na zawsze. Pozwolić bólowi odejść wraz ze mną. Tak po prostu. A, że na trzeźwo to wszystko za bardzo mnie przytłaczało, postanowiłem się upić. tak, to była bardzo dobra decyzja. Upić się do utraty świadomości i zapomnieć o całym bożym świecie. Poszedłem więc do pierwszego, lepszego baru na jaki się natknąłem.
  Gdy byłem już dość spity, zobaczyłem Rukiego, siedzącego samotnie z drugiej strony baru. Chwiejnym krokiem podszedłem do niego i się przysiadłem. Ku mojemu zaskoczeniu był w takim samym stanie co ja. Zajęło mu chwilę zanim przypomniał sobie kim jestem, ale potem zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o muzyce, o nowych zespołach, o naszym zespole aż nie wiadomo kiedy zacząłem mu mówić o swoich problemach dotyczących Aoiego. A on patrzył na mnie ledwo przytomnym wzrokiem co chwila przytakując. Gdy wreszcie skończyłem mówić dostałem odpowiedź. Tylko dwa słowa.
-Pierdziel dupka.
-Co?!
-Jeśli jest na tyle głupi i ślepy żeby nie widzieć jak rani swojego najlepszego przyjaciela? No proszę Cię.- Nie wiedziałem co powiedzieć. Nigdy wcześniej nie myślałem o tym w ten sposób.
-Myślisz?- Nie byłem do końca przekonany, ale może Ruki miał rację...
-Tak. A z resztą...- Matsumoto wstał i podszedł do mnie podejrzanie blisko. Patrzył mi w oczy.- Ja Cię kocham.- Po usłyszeniu tych słów całkowicie mnie zamurowało. Nie spodziewałem się, że ktoś może się we mnie zakochać. Ja owszem, mogłem, ale odwrotnie? Nie potrafiłem tego pojąc. Nie wiem czy to przez moją dostatecznie niską samoocenę czy dotychczasowe zapatrzenie w Yuu. Być może oba te czynniki zadziałały, bo w gruncie rzeczy dawały ten sam rezultat- obwinianie siebie za wszystko o co tylko idzie i postrzeganie siebie jako osoby bezużytecznej, beznadziejnej i bezwartościowej. Wiem natomiast jedno. Nie chce skrzywdzić Rukiego. Był moim kumplem i znałem go na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nie wyznaje ludziom miłości ot tak. nawet będąc w związku nie lubił do końca okazywać uczuć, swojej prawdziwej twarzy. Był wyjątkowo skryty i zamknięty w sobie, a było to spowodowane jego urazem z przeszłości, gdy był przy dziewczynie sobą, dawał jej wszystko, a ona go tylko wykorzystała, by na końcu zostawić jak psa. Ja nie byłem pewny swoich uczuć. Przecież jeszcze chwilę temu siedziałem obok Shiroyamy, marząc aby mnie pokochał, a teraz Ruki wyznaje mi miłość, w dodatku po pijaku. Powiem szczerze, że chciałem tego. Pragnąłem być kochanym jak niczego innego. Wiedziałem, że wreszcie mógłbym być szczęśliwy, ale to przecież byłoby zbyt proste, zbyt piękne. Wachałem się co mu powiedzieć. Niby coś tam w środku poczułem, to ciepło, radość, ale to było za mało. Postanowiłem dać nam szansę. Poczekać. Myślałem, że to przyjdzie z czasem i owszem, przyszło. Pokochałem Rukiego, ale nie w sposób w jaki oboje byśmy tego chcieli. Kochałem go jak przyjaciela i było w tym coś jeszcze, lecz nie na tyle intensywne bym mógł to nazwać prawdziwą miłością. Byliśmy razem. Zgodziłem się nawet z nim zamieszkać, przeprowadzając się do jego apartamentu w okolicy Shibuyi. Było nam dobrze. Niestety w głębi serca ja wciąż czułem ta niepewność. Czasem gdy zbyt mocno mnie przytłaczała, chodziłem na spacery. Wolałem te samotne, podczas których mogłem pomyśleć, zastanowić się nad wszystkim. Będąc z Takanorim wciąż czułem coś do Yuu, nie potrafiłem tego powstrzymać. To przychodziło czasem. Czułem wówczas pewnego rodzaju pustkę, jakbym za czymś tęsknił. Za czymś czego nigdy nie było. Za nadzieją, że zaraz obudzę się ze snu, a obok mnie będzie leżał śpiący Aoi, obejmujący mnie ramieniem. Tak, to mi pozostało.
    Na pozór wszyscy byliśmy szczęśliwi, a jednak ja coraz częściej popadałem w tą nieznośną melancholię.

                                  Kochając dla przyjemności łudziłem się, że będzie dobrze.

piątek, 21 czerwca 2013

Odrzucenie, cz. 2

*Bedzie jeszcze jedna część*



Gdy tylko wyszedłem na zewnątrz, chłodny wiatr rozwiał mi włosy. Wziąłem głęboki oddech. Zamknąłem drzwi na klucz i poszedłem przed siebie. Dopiero po chwili zorientowałem się, że idę w stronę domu Shiroyamy. W końcu co się dziwić, to był mój najczęstszy kierunek. Przystanąłem na chwilę, po czym skręciłem w pierwszą lepszą boczną uliczkę. Chciałem znaleźć się teraz jak najdalej od Yuu, chociaż w tym samym czasie chciałem go zobaczyć. Brakowało mi go, ale spotkanie z nim było zbyt ryzykowne. Co jeśli bym się zapatrzył w te jego piękne, ciemne oczy, w jego uśmiechnięte usta... Byłem tak zajęty marzeniem nad Yuu, że nie zauważyłem osoby idącej z naprzeciwka i wpadłem prosto na kogoś o głowę niższego ode mnie. Temu z rąk wyleciały jakieś papiery, więc odruchowo ukucnąłem aby pomóc mu je pozbierać.
-Przepraszam, zamyśliłem się
-Co Ty taki grzeczny- dopiero teraz zauważyłem na kogo wpadłem. To był Ruki, a porozrzucane papiery to jak zdążyłem zauważyć teksty piosenek. - Mam słowa do tych dwóch piosenek. Idziesz gdzieś? Bo mogę przyjść kiedy indziej.
-Chciałem się przejść, ale piosenki ważniejsze.- Razem poszliśmy do mojego domu. Ruki od razu poszedł na kanapę koło której stała moja gitara. Rozłożył tekst i nuty na stoliku. Wziął gitarę i zaczął na niej grać- Chcesz kawę?
- Tak, możesz zrobić.- Położyłem kubki na stoliku, i usiadłem obok Takanoriego, który podał mi kartki z tekstami. W pierwszej piosence Ruki idealnie wkomponował słowa do melodii. Całość brzmiała harmonijnie, równo z odrobiną melancholii. Potrafiłem bez problemu wyczytać z nich uczucia wokalisty. Widać było, że włożył w nie całego siebie. Z drugą nie było już tak dobrze. W kilku miejscach słowa nie zgrywały się z muzyką, więc popracowaliśmy nad nią jeszcze chwilę. W końcu wyszły nam dwie świetne piosenki. Nie żebym się chwalił, czy coś, ale muzyka wyszła niemal genialnie. Kai miał rację. Granie na gitarze zawsze poprawia mi humor. Z Rukim trochę porozmawialiśmy, a potem odprowadziłem go do drzwi, bo miał za chwilę wizytę u fryzjera. Zamknąłem za nim drzwi i wróciłem na kanapę. Zacząłem grać. Po prostu. Co mi przyjdzie do głowy. Myślałem o Yuu i o tym jak długo go już nie widziałem. I właśnie w tym momencie ktoś zapukał w moje drzwi. Będąc zbyt leniwym by wstać, z salonu krzyknąłem by mój gość wszedł do środka. Za chwilę moim oczom ukazał się Aoi. Był wesoły i uśmiechnięty, lecz w jego oczach potrafiłem dostrzec zmartwienie. Czyżby było ono spowodowane moją osobą? Zaczęło robić mi się ciepło, a serce szybciej bić. Byłem nerwowy, jak nigdy w jego obecności. Kontynuowałem granie, by nie stracić natchnienia, a on usiadł obok mnie jak by nigdy nic. Czułem na sobie jego spojrzenie. Nie odzywał się. Czekał aż skończę grać. W końcu nie wytrzymałem i odłożyłem gitarę na stojak by dowiedzieć się w jakim celu do mnie przyszedł.
-Całkiem fajnie Ci to wyszło.
-Dzięki.
-Czujesz się już lepiej? Kai mówił, że jesteś chory.- No proszę. Kto by pomyślał, że Yutaka okłamie chłopaków, żeby nikt nie wiedział, ze mam depresję.
-Tak, ale jestem jeszcze trochę słaby. A co U Ciebie?
-Oświadczam się Ayane!
-Co?
-Super nie? Jutro robię grilla, wiesz nasi rodzice i w ogóle... wpadniesz? Będę się mniej stresował jak będziesz obok.
-Tak, pewnie! Przyjść szybciej i pomóc Ci wszystko przygotować?
-Nie musisz. Mama powiedziała, że z tatą wszystkim się zajmą, a poza tym jesteś chory, więc nie powinieneś się przemęczać. Ja już muszę spadać. Trzeba posprzątać w domu.
-Okej, To do jutra!
-Pa! - Aoi zostawił mnie samego. Osłupiałego z wrażenia. J-jak to chce się oświadczyć? Przecież to jeszcze za wcześnie! Zapaliłem papierosa żeby się uspokoić, ale po wypaleniu trzech pod rząd stwierdziłem, że to nie ma sensu. Trzęsły mi się ręce. Znowu przeleciała mi przez głowę myśl żeby to zakończyć. Teraz. Ale powiedziałem przecież, że przyjdę na tego pieprzonego grilla i muszę dotrzymać słowa. W końcu to mój przyjaciel. Poszedłem do swojej sypialni, przebrałem się w dres i poszedłem pobiegać. Gdy wróciłem było już ciemno, a ze mnie lał się pot. Straciłem swoją dawną kondycję kiedy przestałem codziennie biegać. Mimo mojego zmęczenia nie mogłem zasnąć. Znowu.
  Rano, gdy się obudziłem wyglądałem jak zombie, a rozbudziłem się dopiero po mocnej kawie. Za oknem świeciło słońce. Na pozór bardzo ładny dzień... Tylko myśl o dzisiejszym wieczorze napawała mnie strachem. Nie chciałem iść do Yuu. Myślałem już jak by tego uniknąć. Mógłbym przecież gorzej się poczuć czy coś. Ale później pewnie dręczyłyby mnie wyrzuty sumienia, że zachowałem się jak dzieciak. Postanowiłem więc wziąć się w garść i nie dać po sobie poznać, że coś mnie dręczy. Dla Niego.

środa, 12 czerwca 2013

Odrzucenie cz. 1

A więc pierwsze opowiadanie! Myślę, że będą dwie części, więc na razie pierwsza.



~Uruha~

Właśnie wchodziłem do studia, gdy Aoi wysiadł z samochodu Ayane. Oczywiście musiał ją pocałować i potem jeszcze jej pomachać. Poczekałem na niego i razem weszliśmy do środka. W sali prób byli już wszyscy, więc zaraz zaczęliśmy. Czas minął mi szybko, zresztą jak zawsze w jego otoczeniu. Po próbach zawsze w piątkę chodziliśmy do baru, ale odkąd Aoi i Ayane są razem nigdy nie ma dla nas czasu... dla mnie. Wcześniej spędzaliśmy razem prawie każdą wolną chwilę. Aż w końcu zacząłem czuć do niego coś więcej niż zwykła przyjaźń. Czekałem ze zniecierpliwieniem na każde nasze spotkanie. Jego uśmiech... dotyk przyprawiały mnie o dreszcze. Nie chciałem od życia nic więcej tylko mieć go dla siebie. Już nawet chciałem mu powiedzieć co do niego czuję, po próbie spytałem się czy do mnie wpadnie, a on zaprzeczył po chwili dodając, czy to ja bym go nie odwiedził, bo chce mi kogoś przedstawić. To była właśnie Ayane. Jego dziewczyna. Ładna, sympatyczna osóbka, normalnie pewnie od razu bym ja polubił, ale ona odebrała mi mojego Yuu. Oczywiście, gdy byliśmy razem udawałem, że ją lubię, bo przecież nie chciałem sprawić Aoiemu przykrości, ale tak naprawdę jej nienawidziłem. Chciałem by zginęła, zniknęła. Cokolwiek bylebym nie musiał więcej patrzeć jaki Aoi jest z NIĄ szczęśliwy. W końcu zaczęłem o to obwiniać sam siebie. Zacząłem myśleć, że to wszystko wina tego, że jestem za gruby... brzydki, że nie jestem dla niego wystarczająco dobry. Wierzyłem, że jeśli zacznę chodzić na siłownię... poprawię swój wygląd, on zwróci na mnie uwagę... zauważy, ale gdy moje starania nie przynosiły żadnych skutków popadłem w depresję. W końcu doszło do tego, że znienawidziłem samego siebie. Chciałem umrzeć, bo nie widziałem dla siebie miejsca na świecie w którym dla niego jestem tylko przyjacielem. To mi nie wystarczało. Każdy kolejny dzień był dla mnie męczarnią. Unikałem chłopaków z zespołu. Unikałem jego. Zacząłem opuszczać próby, przestałem odbierać telefon. Siedziałem całymi dniami zamknięty w swoim domu. Odizolowany od wszystkiego i wszystkich.

Było wczesne popołudnie. Leżałem na kanapie w salonie, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
-Uruha otwórz. Przecież wiem, ze tu jesteś.- usłyszałem zatroskany głos Kai'a. Niechętnie zwlokłem się z kanapy i otworzyłem mu drzwi.- Co się z Tobą dzieje do cholery?!- wrzasnął zdenerwowany, ale gdy na mnie spojrzał wyraźnie posmutniał i zaprzestał krzyków wiedząc, że to by tylko pogorszyło sprawę. Ja jakby nigdy nic wróciłem na kanapę, zostawiając swojego gościa jak by go nie było. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Chciałem być teraz sam, ale mimo to wpuściłem go do środka. Może to dlatego, ze po prostu chciałem się komuś wygadać, chciałem żeby ktoś mnie zrozumiał... pocieszył. Kai usiadł obok mnie na kanapie. Nic nie mówił. Po prostu patrzył na mnie. -To co. Powiesz mi co się dzieje, że od dwóch tygodni nie wychodzisz z domu? - Na początku nie chciałem mówić mu prawdy, ale wiedziałem, ze kłamiąc nic nie zdziałam tylko jeszcze bardziej się pogrążę.
-Ja... zakochałem się w kimś... ale ta osoba... nie odwzajemnia moich uczuć...- mówiąc to nie patrzałem mu w oczy, bojąc się, ze może domyśli się kogo mam na myśli.
-Skąd wiesz, że ich nie odwzajemnia? Mówiłeś tej osobie co do niej czujesz?
-Wiem na pewno... bo jest już z kimś... I są razem szczęśliwi. - Kai myślał chwilę zanim mi odpowiedział.
-Zależy Ci na tej osobie?
-Bardzo.
-To daj sobie spokój... ciesz się szczęściem tej osoby, a jeśli będzie Ci ciężko to wytrzymać sięgnij po gitarę i graj, oddaj się muzyce i spróbuj zapomnieć. Niech to będzie dla Ciebie ucieczka od wszystkiego. To jest najlepsze wyjście dla Ciebie na chwilę obecną. - Nie wiedziałem co mu powiedzieć. Zawsze to z Shiroyamą rozmawiałem o wszystkich moich problemach. Zawsze mówiliśmy sobie o wszystkim, a teraz okazuje się, że mam ludzi, którym na mnie zależy, że na nim świat się nie kończy. W głębi serca poczułem wielka ulgę.
-Dzięki- to było jedyne co byłem w stanie teraz powiedzieć.
-A, jeszcze jedno. Planowałem jutro próbę, ale mogę ja przełożyć na pojutrze, żebyś miał czas sie pozbierać. Dasz radę?- Tanabe patrzył na mnie tym swoim ciepłym, zatroskanym wzrokiem. Musiałem się powstrzymać, żeby się przy nim nie rozkleić i nie zacząć płakać jak mała dziewczynka. - To ja już lecę, mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Trzymaj się!- rzucił zostawiając mnie samego z moimi myślami. Postanowiłem wziąć prysznic i pójść na długi spacer. W końcu od dwóch tygodni siedziałem cały czas w domu.

Hej!

Jestem Mizuri i nie umiem się przedstawiać ani o sobie pisać, więc wyjaśnię tylko po krótce o czym będzie mój blog. Otóż będę umieszczała tu moje opowiadania yaoi ( ukazanie miłości męsko- męskiej) o członkach zespołów j-rockowych (prawdopodobnie będzie to głównie The Gazette i Miyavi). Mam nadzieję, że przypadne wszystkim do gustu ^^


A jeśli znajdziesz jakieś błędy, albo jeśli  masz jakieś uwagi, to proszę powiedz mi o tym, gdyż dopiero zaczynam pisać i to pozwoli mi uczyć się na błędach : )