Dziękuję Nikki za betę.
Dla ciebie oddałbym wszystko.
Kiedyś spytałeś mnie, czy byłbym w
stanie zrobić dla Ciebie wszystko. Bez zastanowienia odparłem, że
tak. Byłeś dla mnie wszystkim. Twój wzrok, uśmiech, każdy
oddech, sprawiały, że wiedziałem po co żyję. Żyłem dla Ciebie.
Tylko i wyłącznie. Nie wiem co by się stało,
gdybym Cię stracił.
Leżeliśmy na kocu wtuleni w siebie.
Obejmowałem Cię ramieniem, jakby w obawie, że ktoś może zechcieć
mi Cię odebrać. Patrzeliśmy w
gwiazdy, podziwiając ich blask. Pokrywały całe niebo, tworząc
świetlisty obraz. Czułem się jakby czas stanął w miejscu.
-Himmie?
-Tak?
-A co jeśli się nie uda? Jeśli nigdy
nie wyjedziemy do Seulu? Przecież wiesz jak jest- odwróciłem
głowę, by móc na niego spojrzeć.
-Obiecuję, że zrobię wszystko, aby
Twoje marzenie się spełniło. Słyszysz? Wszystko.
-Nie łudźmy się, ja nigdy nie
wydostanę się z tej pieprzonej wioski, ale Ty masz taką
możliwość. Czemu ciągle tu siedzisz? Już dawno powinieneś być
trainee - Jongup wpatrywał się w niebo, a z jego oczu płynęły
strumienie łez. Dobrze wiedziałem,
co chciał mi powiedzieć, aż za
dobrze.
-Uppie, nie zostawię Cię tu, przecież
wiesz. Spójrz na mnie - Chłopak patrzył mi teraz w oczy. Nie
widziałem go dobrze, bo moje również były całe zalane
łzami.- Nigdy Cię nie opuszczę. Do Seulu jedziemy razem, albo
wcale. I nawet nie próbuj myśleć inaczej.
-Kocham Cię Himchan - zbliżyliśmy
się do siebie, złączając nasze słone usta w pocałunku
przepełnionym nadzieją i wzajemną tęsknotą. Nie leżeliśmy
długo, bo wraz z upływem czasu, zaczynało robić się coraz
chłodniej. Złożyliśmy koc i wsadziliśmy go do bagażnika
samochodu, po czym sami wsiedliśmy do środka. Jechaliśmy w
milczeniu, ale nie była to krępująca cisza. My po prostu nie
potrzebowaliśmy słów, aby się komunikować. Nam wystarczała
już sama obecność. Rozmowę zaczęliśmy dopiero pod domem
Jongupa, gdy nadszedł czas pożegnania. Pocałowałem go jeszcze
raz, tym razem mocniej, namiętniej, tak by wystarczyło na kolejny
tydzień rozstania. Nie było nam na rękę to, że musiałem sam się
utrzymywać. Może nie mieszkaliśmy w
jakimś wielkim mieście, ale opłaty nie były małe, zwłaszcza, że
mieszkałem w centrum, aby mieć bliżej do pracy, w której
ostatnio spędzałem większość swojego czasu. Nadgodziny powoli
zaczynały mnie wykańczać, ale jakoś musiałem odkładać
pieniądze na wyjazd do stolicy. Na każdy wolny weekend czekałem
niemal z upragnieniem. Mogłem wtedy się wyspać, trochę odpocząć
i co najważniejsze, zobaczyć się z moim kochanym Jongupem, którego
rodzice upierają się, że ma zostać tutaj i poświęcić się
prowadzeniu rodzinnej restauracji. Nienawidził tego, odkąd tylko
pamiętam. Tam go również poznałem. Bardzo nieuprzejmy był
z niego kelner.
Gdy wróciłem do domu, od razu
położyłem się do łóżka i,
niewiedzieć kiedy, zasnąłem.
Całą noc męczyły mnie najrozmaitrze koszmary. Od tych
najdziwniejszych, pozbawionych sensu, do tych przeraźliwie realnych.
Kilka razy przebudzałem się cały spocony, ze łzami w oczach.
Najbardziej utrwalił mi się w pamięci jeden obraz. Mianowicie
twarz Jongupa, spoglądająca na mnie z tłumu zupełnie mi obcych
ludzi. Był zawiedziony, pełen smutku i goryczy. Chyba płakał. I
jego załamujący się głos mówiący „Obiecałeś.” A ja
stałem w miejscu, nie mogąc się ruszyć. Iść do niego, pocieszyć
go, przeprosić, objąć, pocałować... Stałem tam, tak jakby nic
dla mnie nie znaczył. Ten jeden sen zaprzątał mi głowę przez
cały następny dzień, przez co nie mogłem się skupić. Na moje
nieszczęście zauważył to ordynator szpitala, który zaczął
dokładnie kontrolować moją pracę. Wtedy zemdlałem. Lekarz, a na
tyle głupi i nierozsądny, by dopuścić do omdlenia w pracy.
Żałosne. Mało tego, podałem
pacjętowi zły lek w kroplówce, co mogło skończyć się
tragicznie, gdyby nie pielęgniarka, która w porę to
zauważyła. Oczywiście zostałem wezwany do ordynatora, który
nie był ani miły, ani wyrozumiały. Oznajmił mi, że jak coś
takiego powtórzy się jeszcze raz, to z miejsca wylatuję na
zbity pysk. A co zrobił, ktoś tak genialny, jak ja? Tak, zemdlał w
następnym tygodniu. Żegnaj praco, żegnajcie pieniądze, żegnaj
Seulu. Ach no tak, trzeba jeszcze opłacić rachunki. Tylko za co?
Jak na złość nie mogłem znaleźć nigdzie pracy. W końcu
sprzedałem mieszkanie. Znalazłem sobie nowe. Małą, ciasną I
śmierdząca ruderę na obrzeżach. Wizja naszego wspólnego
wyjazdu do Seulu stawała się coraz mniej realna. Jedynie wygrana w
totolotku, albo jakiś cud sprawiłby, że nam się uda. Ja staję
się powoli za stary, a biedny Jongup zaczyna tracić nadzieje.
Czyżby zbliżał się koniec naszych marzeń? Czułem się
beznadziejnie. Jak śmieć.
Boże,
czy jest coś co mógłbym zrobić? Po prostu mi powiedz, a
zrobię to. Cokolwiek, byle by Jongup był szczęśliwy.
Był sobotni poranek. Wychodziłem z
domu, do restauracji rodziców Jongupa, aby go odebrać. Było
wyjątkowo ciepło i słonecznie, a jednak nie cieszyłem się.
Przeciwnie, byłem cholernie smutny, bo wiedziałem, że będę musiał
mu powiedzieć o pracy. Źle się czułem. Od kilku dni wymiotowałem
po każdym posiłku, cały czas bolała mnie głowa, byłem słaby.
Nerwy powoli zżerały od środka. Wszedłem do restauracji. Blondyn,
gdy tylko mnie zobaczył uśmiechnął się i do mnie podbiegł.
-Zaraz kończę swoją zmianę, chcesz
coś?
-Może cappuccino
-Okej, zaraz zrobię - pocałował mnie
w policzek po czym pobiegł za ladę. Usiadłem przy stoliku, który
był najbardziej w rogu I czekałem na Jongupa, który za chwilę
przyszedł z moją kawą i usiadł naprzeciwko mnie.- Proszę.
-Dzięki - upiłem łyk napoju,
starając się unikać kontaktu wzrokowego z moim rozmówcą.
Nie wiedziałem jak mu o wszystkim powiedzieć, tak aby jak najmniej
go to zabolało.
-Himmie, co się dzieje? Źle się
czujesz?
-Nie, ja po prostu... tak, jestem
chory, chyba mam grypę.
- Może dzisiaj damy sobie spokój
i poczekamy aż wyzdrowiejesz?
-Tak szybko się nie polepszy Uppie.
-Co masz na myśli?
-Straciłem pracę. Nie mam za co żyć.
-Jak to? A co z oszczędnościami na
wyjazd?
-Przestań. Nie wezmę ich dla siebie -
I jednak sprawiłem, że płacze.
-Nie chcę abyś musiał przeze mnie
głodować. Może poproszę rodziców, aby Cię zatrudnili w
restauracji, albo ja znajdę sobie jakąś pracę.
-Spokojnie, jakoś sobie poradzę. Ty
się niczym nie przejmuj - Pocałowałem go delikatnie w czoło.
-Wybacz, może zobaczymy się innym razem, dziś nie czuję się na
siłach - Odszedłem zostawiając go tam samego. Był zdziwiony, to
pewne.Poszedłem do parku pomyśleć. Usiadłem na ławce i zamknąłem
oczy. Chłodny wiatr przeszył moje ciało, co spowodowało, ze
poczułem się jeszcze gorzej niż chwilę temu. I wtedy usłyszałem
w głowie czyiś głos. Był obcy, ale wydawał mi się znajomy,
jakbym już go kiedyś słyszał. Spokojnym tonem zaczął rozmowę w
moich myślach.
-Co byś dał, aby on był
szczęśliwy?
-Wszystko.
-Twoje własne szczęście?
-Tak.
-Twoje zdrowie?
-Tak.
-Twoje życie?
-Tak.
Płakałem. Czułem jak moje ciało powoli się rozpada, na miliard
małych kawałeczków. Zupełnie jakbym był ze szkła, w które
ktoś bardzo mocno uderzył. Wiedziałem, że zaraz wszystko się dla
mnie skończy, że zniknę. Na zawsze. Płakałem, bo nie chciałem
umierać, chciałem żyć wiecznie wraz z Jongupem. Dbać o niego i
pilnować, aby niczego mu nie brakowało. Jednak nie było to nam
dane. Wiedziałem jak ważny był dla niego wyjazd do Seulu I
spełnienie marzeń, a przecież jego marzenia są
moimi marzeniami.
-Marzenie Jongupa się spełni, wyjedzie do Seulu, założy zespół,
o którym marzyliście. Będzie już zawsze szczęśliwy. Bez
Ciebie. Nie będzie pamiętał nikogo takiego jak Kim Himchan.
Zupełnie jakbyś nigdy nie istniał.
W końcu
całkowicie się rozpadłem, a o moim ciele pozostała ledwie
zauważalna mgiełka.
